Główna » Aktualności

TU ZNALEŹLIŚMY SWOJE MIEJSCE

Autor: Red. dnia 12 sierpnia 2013

Państwo Urszula i Ryszard Świderscy prowadzą gospodarstwo rolne w Drzecinie, gm. Słubice. Pan Ryszard jest drugą kadencję członkiem Słubickiej Rady Powiatowej LIR oraz pierwszą kadencję sołtysem wsi. Pani Urszula prowadzi całą dokumentację oraz księgowość w gospodarstwie. Zajmuje się również kadrami i jak mówi o niej mąż, jest pierwszym doradcą finansowym przy podejmowaniu decyzji zakupowych, gdzie potrzebna jest  chłodna głowa i kalkulacja. Tym bardziej, że starają się wykorzystywać tylko środki własne.  

Proszę powiedzieć jak powstało gospodarstwo

Pan Ryszard: To gospodarstwo to firma AGRO HESTA sp. z o.o., która istnieje od 1995 r. Kiedy w 2002r. moja małżonka, jej mama i ja zakupiliśmy udziały i przejęliśmy to gospodarstwo, to ono nie miało wiele wspólnego z rolnictwem. Poprzedni właściciel tego obiektu zajmował się wyrobami betoniarskimi, wydzierżawiał pomieszczenia dla innych firm, a upraw praktycznie nie było. My tu rozpoczęliśmy pracę nad przekwalifikowaniem obiektu. Kolejno, małymi krokami najpierw wzięliśmy ziemię w dzierżawę, potem zaczęliśmy wykupywać grunty od rolników indywidualnych, którzy chcieli sprzedać. I tak powiększaliśmy gospodarstwo. W ten sposób na nowo narodziła się moja praca w rolnictwie. Oboje z małżonką urodziliśmy się na wsi po latach mieszkania w mieście wróciliśmy na tereny wiejskie i tu znaleźliśmy swoje miejsce.

Pani Urszula: Urodziłam się na wsi ale jak rodzice przeprowadzili się do miasta, do Słubic, na każde wakacje wyjeżdżałam właśnie na wieś, do babci. O wiele bardziej wolałam takie wakacje niż wyjazdy na kolonie. Po prostu lubiłam wieś i cieszę się, że znowu moje życie toczy się z dala od miasta.

Jak wygląda usprzętowienie gospodarstwa?

Pan Ryszard: Gdy zakupywaliśmy ziemię interesowały nas raczej większe połacie ziemi, bo jednocześnie zbroiliśmy się w sprzęt. Sprzęt staraliśmy się kupować nowy, choć jak była okazja to i nabywaliśmy starszy sprzęt w dobrym stanie. I na obecną chwilę jesteśmy samowystarczalni sprzętowo.

Jak duże jest gospodarstwo i jaka jest bonitacja gleby?

Pan Ryszard: Łącznie mamy prawie 200 ha: 110 ha upraw, 17 ha lasu, a pozostałe grunty to łąki. Jestem bardzo dumny z naszego lasu. Tam, gdzie teraz rosną drzewka, były gleby klasy V i VI. Przez lata człowiek mógł wszystko tej ziemi dać, ale efekty były mizerne, dlatego dwa lata temu podjęliśmy decyzję o zalesieniu tego obszaru. Drzewka sadziliśmy dwuetapowo. Pierwsze zalesienie przeprowadziliśmy dwa lata temu i w tym roku dokończyliśmy. Zdecydowaliśmy, że to będzie nasz las.

Jaka jest specjalizacja?

Pan Ryszard: Specjalizacja gospodarstwa to chów bydła mięsnego rasy Limousine i produkcja zbóż. W całym stadzie w chwili obecnej mamy około 55 sztuk mamek mieszanek i około 60 sztuk młodzieży. W związku z tym, że aktualnie prowadzimy cykl zamknięty wszystkie młode są już czystej rasy. Wypasy robimy kwaterowe i dziś właśnie nasi pracownicy przeganiają bydło na nowa kwaterę. Mimo, iż Limousine są przystosowane do różnych warunków atmosferycznych, to w okresie zimowym nie zostawiamy ich na pastwiskach. Bydło w okresie zimowym oddaje dużo energii na ogrzanie samego siebie więc często osobniki są w gorszej kondycji. Tak wygląda nasza hodowla i nie ukrywam jesteśmy z tego bardzo zadowoleni.

Jak wygląda rynek zbytu?

Pan Ryszard: W większości sprzedajemy do Włoch, Grecji, a nawet do Chorwacji. Sprzedajemy tylko odsadki i przede wszystkim byczki.  W tym roku sprzedaliśmy cielaki do dalszej hodowli koło Poznania. Nabyli je młodzi, sympatyczni  ludzie z dużym zapałem do pracy, a sztuki tak im się spodobały, że czekają na następne. Niestety trochę to potrwa, gdyż trzeba je najpierw wyselekcjonować, a dodatkową trudność powoduje, że bydło jest na pastwiskach.

Uważa Pan, że hodowla jest opłacalna?

Pan Ryszard: Zdecydowanie tak. Są zawirowania na rynku. Ostatnio przyjechał Włoch, z którym wcześniej współpracowaliśmy i dawał gorszą cenę w skupie niż ci odbiorcy, o których mówiłem przed chwilą. Zawirowania jakie są wokół tradycyjnego uboju spowodowały, że ceny poszły lekko w dół. My jednak handlujemy odsadkami, a te mają swoją cenę. Ponadto zostawiamy jałowice na odrodzenie stada. Jeżeli chodzi o korzyści ze sprzedaży – nie są to rewelacje finansowe, niemniej jednak przy stadzie 65-70 matek, czyli ilości od której jesteśmy o krok, możemy spokojnie się utrzymać.

Czy od początku przejęcia gospodarstwa zajął się Pan hodowlą bydła?

Pan Ryszard: Nie. W pierwszych latach kiedy przejęliśmy gospodarstwo, nasz znajomy, jeden ze współwłaścicieli dużej firmy handlującej drobiem, namówił nas na hodowlę gęsi. Robiliśmy to z powodzeniem przez trzy lata. Było to bardzo sympatyczne zajęcie. Rocznie produkowaliśmy 20-25 tys. gęsi. W tym czasie m. in. uzbroiliśmy mieszalnie pasz i wyrabialiśmy własne pasze. Gdy zlikwidowaliśmy hodowlę gęsi pozostała nam mieszalnia. Teraz sami produkujemy pasze dla bydła w okresie kiedy nie jest ono na pastwiskach.

To dlaczego zrezygnował pan z gęsi i rozpoczął hodowlę bydła?

Pan Ryszard: W trzecim roku naszej produkcji, gdy rozprzestrzeniła się ptasia grypa, ceny mocno poszły w dół. Do tego jeszcze w stadzie wykryto salmonellę. Wtedy podjęliśmy decyzję o zakupie pierwszych sześciu sztuk matek zacielonych.

Pani Urszula: Ale wtedy też był boom na gęsi i podaż na nie była duża. Gęsi głównie były sprzedawane do Niemiec.  W Polsce nie ma tradycji spożywania gęsiny. Programy promujące zwiększenie spożycia mięsa gęsiego niewiele dały. Nie ma zapotrzebowania na rynku na to mięso. Potem cena pisklęcia trzymała się, a mięsa spadała. Hodowla przestała być opłacalna.

Pan Ryszard: Kiedy my zaczynaliśmy chów gęsi, braliśmy jednodniówki z wylęgarni spod Gdańska. W tym czasie skup był 11 zł za kg, a po trzech latach cena była niecałe 6 zł, a piskle nie potaniało.

Pani Urszula: Dodatkowo hodowla wymagała bardzo dużego nakładu pracy. Zatrudnialiśmy około 10 osób. Praca była w dzień i noc. Skończyliśmy temat chowu gęsi i zaczęła się nasza przygoda z bydłem.

Czy działa Pani w KGW?

Pani Urszula: Bycie członkiem KGW to raczej nie dla mnie. Wolę spokojnie zająć się domem, ogrodem  i obejściem oraz dokumentacją gospodarstwa,  mimo, że bardzo lubię piec ciasta. Z racji tego, że mąż jest sołtysem to oczywiście pomagam mu przy organizacji różnych imprez, ale raczej jestem domatorką.

Czy udało się już zorganizować dożynki we wsi?

Pan Ryszard: Oczywiście już dwukrotnie. Pierwsze dożynki zorganizowaliśmy dwa lata temu. Była to duża impreza, bo wiązała się z otwarciem nowej świetlicy we wsi. Uczestniczyły w nich władze powiatowe, gminne, a nawet swoją obecnością zaszczyciła nas posłanka. W zeszłym roku również zorganizowaliśmy dożynki. Jest grupa osób, z którymi się bardzo dobrze współpracuje, z którymi można pewne sprawy rozwiązywać. Ale ludzie w naszej wsi niestety schowali się w domach. Nawet gdy wspólnie z radą sołecką zorganizowaliśmy wigilię z tradycyjnymi potrawami i kolędowaniem to przyszło na nią może 30 osób z całej wsi. Coś chyba jest nie tak, skoro wieś liczy blisko 300 mieszkańców. Organizowaliśmy również Dzień Matki połączony z Dniem Dziecka, bo liczyliśmy na większą frekwencję i znów powtórzyło się to samo. Jest to bardzo niezrozumiałe dla mnie. A fundusz sołecki mamy niewielki. W minionym i w tym roku za zgodą sołtysów część funduszu sołeckiego przeznaczyliśmy na  wsparcie programu moja mała ojczyzna, a więc budowa tzw. stanic (grill, wiatka) na innych wsiach, a więc na wkład własny jako gmina. Ale już w przyszłym roku wracamy do pełnego funduszu. Dziwię się takiej małej frekwencji bo były ogłoszenia, afisze, ja osobiście zapraszałem jak kogoś spotkałem, bo mam w zwyczaju wieczorem przejechać się po wsi, doglądać pola. Jest spora grupa ludzi, z którymi bardzo dobrze się we wsi współpracuje. Gdy realizowaliśmy projekt z PROW – modernizacja świetlicy, to gdy przyszło masę prac które sami musieliśmy wykonać, to znaleźli się ludzie. Ale ciągle wydaje mi się, że to za mało. Ja wychowałem się na pięknej wsi – Kamień Mały i pamiętam te wspólne mecze, jeden odcinek wsi na drugi. Bardzo się cieszę, że widać u nas we wsi pracę opiekunki świetlicy nad młodzieżą, głównie tą gimnazjalną. Nasza młodzież zdobywa już nawet wyróżnienie na szczeblu gminnym w konkursach. Bardzo cieszy mnie to, że, młodzież i dzieci chcą się spotykać i działać i mają do tego sprzyjające warunki. Nad dorosłymi musimy jeszcze trochę popracować, aby ich zaktywizować. Od tego roku świetlicami zawiaduje sołtys i rada sołecka co bardzo mnie cieszy. Był to bardzo dobry ruch ze strony gminy. Teraz możemy niezależnie wykorzystywać walory świetlicy.

A czy dużo jest rolników we wsi?

Pan Ryszard: We wsi jest 5 rolników. Kiedyś była to wieś typowo rolnicza, ale teraz zostało bardzo mało rolników. Przeważają tacy, którzy przejęli gospodarstwa od swoich rodziców, czy dziadków. I tak na tych ziemiach bazują. Brak inwestycji i specjalizacji gospodarstwa powoduje, że gospodarstwo drepcze w miejscu, nie rozwija się i jest nieopłacalne.

Pani Urszula: To jest ta zachowana tradycja na wsi. Kiedyś gospodarze trzymali dla siebie kurę, krowę, gęsi i to im starczało, dziś takie gospodarstwo nie będzie dochodowe. Trzeba iść w większą hodowlę, czy uprawę. Chociaż nie ukrywam, że bardzo bym chciała mieć dla siebie kilka kur i koguta, który będzie rano piał.

Pan Ryszard: Już obiecałem żonie, że będziemy mieli kury. Chociażby dla własnej satysfakcji, że to zniesione jajko jest od naszej kury wykarmionej naszym zbożem (śmiech).  Już mamy lokalizację, gdzie będzie kurnik, tylko zostaje  kwestia przystosowania pomieszczenia.

Jakie zboża Pan uprawia?

Pan Ryszard: Uprawiam pszenicę, żyto i jęczmień. Wcześniej uprawiałem również rzepak i kukurydzę, ale ze względu na brak suszarni zrezygnowaliśmy z tego. Gdy zebrałem kukurydzę był problem, gdzie ją wysuszyć. Każdy najpierw suszy swoje ziarno, a potem ewentualnie udostępni dla kogoś innego i jest to zrozumiałe, dlatego odszedłem od kukurydzy.

Pani Urszula: Zrezygnowaliśmy również z niej ze względu na bliskość lasu. Mieliśmy ogromne szkody wyrządzone przez dziki, które uwielbiają kukurydzę. Jeszcze rok później, gdy już co innego tam zostało posiane, dziki i tak przyszły i ryły szukając kukurydzy. Teraz nie mamy kukurydzy i nie mamy problemów z dzikami.

Pan Ryszard: Od tego momentu odpuściliśmy i siejemy tradycyjnie. W tym roku zasialiśmy też około 15 ha owsa.

Jak wygląda współpraca z kołami łowieckimi?

Pan Ryszard: Myślę, że dobrze. Oczywiście są spory, ale przecież jesteśmy w stanie zobaczyć jakie wysiewy były robione.  Najgorzej jest jak ktoś podchodzi do tematu na zasadzie „a co tu było”? Ostatnio spieraliśmy się o cenę pszenicy. Jaką cenę wziąć do szacowania: czy wziąć cenę, która obowiązuje w danym dniu, czy wziąć cenę jaka jest na rynkach. Wiadomo, że podpieramy się cenami rynku rolnego. Tu nie może być inaczej. Niemniej jednak rolnik mimo wszystko traci na tym, bo otrzymuje i tak niepełne odszkodowanie. To są najczęstsze problemy. Przykre jest to, że bywa i tak, iż rolnik próbuje naciągnąć koło, a już niewybaczalna dla mnie jest sytuacja, gdy koło łowieckie daje rolnikowi ogrodzenie, on podpisuje zobowiązanie, z klauzulą, że będzie dbał o stan techniczny, a wjeżdżając z pola nie chce się jemu bramy zamknąć. To już jest oburzające.

Czy korzystali Państwo z funduszy unijnych?

Pan Ryszard: Nie. Staramy się wykorzystywać tylko środki własne. Udaje nam się to dzięki żonie, która bardzo umiejętnie zarządza finansami naszego gospodarstwa. Żona trzyma pieczę nad tym, aby środki ze sprzedaży bydła i zboża umiejętnie rozłożyć na cały rok. Nie zaciągamy zbędnych kredytów. Z dofinansowania skorzystaliśmy jedynie przy zakupie ziemi. Trudności spiętrzone jakie spotykają każdego rolnika przy składaniu wniosków w naszym przypadku są nie warte świeczki. Sparzyliśmy się przy pierwszym naborze na doposażenie gospodarstw. Teraz działamy na zasadzie stać nas – kupujemy. Bardzo dobrze układa nam się współpraca z duńską firmą TCM – aktualnie kupujemy od nich 15-tonową przyczepę.  Współpracujemy z nimi już od 5 lat i mamy tzw. kredyt kupiecki – kredyt zaufania. W tym momencie nie potrzebujemy żadnych banków, żadnych poświadczeń itd. I jak na razie z tym sprzętem nie mamy żadnych problemów.

Jaki jeszcze sprzęt jest w gospodarstwie?

Pan Ryszard: Mamy cztery ciągniki. Właśnie dzisiaj zaczynamy akcję z prasowaniem siana. Zaraz będę jechał na łąkę, żeby dopilnować i zobaczyć jak idą prace. Na zimę musimy przygotować po ok. 150 ton siana i słomy. Dodatkowo dość dużo sprzedajemy tego surowca do Słońska. W tym roku też jest problem ze sprzedażą, ceny poszły o 50% w dół. Zatem w tym roku prawdopodobnie tylko zetniemy i pozostawimy większą część słomy na naszych polach. Także dzisiaj zaczynamy pierwszy etap przygotowywania i prasowania siana na zimę.

Dużo Państwo zatrudniają pracowników?

Pan Ryszard: Mamy 3,5 etatu. W żniwa czasem przyjmujemy jeszcze jednego, dwóch pracowników na sezon, ale w tym roku wygląda na to, że z sianokosem sobie poradzimy i zaczną się żniwa. W tym roku prawdopodobnie się to nie zazębi i nie będzie trzeba zatrudniać dodatkowych osób. My na szczęście mamy dość stabilną załogę. Mamy stałych pracowników, sprawdzonych, z których jesteśmy bardzo zadowoleni. Ważne jest to, że możemy na naszych pracownikach polegać. Jeżeli trzeba, zostaną dłużej w pracy, a jak są święta to staramy się ich pracę wynagradzać drobnymi prezentami czy premiami.

Pani Urszula: Nie ma u nas rotacji. Zatrudniamy na czas nieokreślony na cały rok. Oni znają nas, my znamy ich, i tak jest najlepiej, bo wiemy czego możemy się spodziewać po pracownikach. Trudno jest pracować spokojnie, jeżeli ciągle szuka się pracowników, poznaje od nowa, a zanim się ich pozna to następuje wymiana pracowników.

Pan Ryszard: Tak. I jak organizujemy dożynki to oni zawsze są gośćmi.

Pani Urszula: Początkowo we wsi nie były robione dożynki a my dla swoich robiliśmy. Potem cała wieś zaczęła przychodzić do nas. Były to najbardziej udane dożynki we wsi. I tak co roku robimy w sumie dla naszych pracowników, ale przychodzi każdy kto ma ochotę.

Czy Państwa firma AGRO HESTA sp. z o. o. świadczy jakieś usługi?

Pan Ryszard: Jednym z działań jakie robi nasza firma to usługi asenizacyjne dla ludności oraz wykonujemy montaż i czyszczenie szamb przydomowych. Mamy do tego przystosowany jeden ciągnik, do którego przypinamy beczkę i mamy pracownika, który tym się zajmuje. Po wykonaniu takiej usługi co miesiąc składamy sprawozdania i rozliczamy się z oczyszczalnią. Problem wywozu nieczystości jest bardzo duży na wsiach. Świadomość tego, że wylewanie „byle gdzie” jest szkodliwe, jest znikoma. Przez takie działania człowiek szkodzi nie tylko przyrodzie, ale również sobie i innym. Ja te sprawy często nagłaśniam na zebraniach i wszelkich spotkaniach.

Dla jakich miejscowości świadczy Pan usługi?

Pan Ryszard: Kunowice, Drzecin, Lisów, Powidła, Lubusz i Słubice. W Słubicach świadczymy usługi również dla trzech stacji CPN, które nie są podłączone do kanalizacji. Z dwoma stacjami mam również podpisaną umowę na wykaszanie traw, dbanie o zieleń wokół i drobne naprawy. Ta współpraca trwa już kilka lat z powodzeniem, bo co roku odnawiamy umowę.

A jak wygląda współpraca z Niemcami?

Pan Ryszard: Kiedyś przyjeżdżali do nas po gęsi. To były czasy. Wtedy to specjalnie dla nich pół wsi skubało pierze. A dziś dużo niemieckich mniejszych rolników przyjeżdża kupić zboże. Jako rada sołecka mamy zawartą współpracę z Briese. To była moja inicjatywa. Współpraca ta polega na wspólnych spotkaniach, oni przyjeżdżają często do nas na rowerach, wymieniamy się doświadczeniami, siedzimy i rozmawiamy przy grillu. Ze strony niemieckiej jest wola współpracy, więc w przyszłości na pewno zacieśnimy z nimi kontakty. Jako firma również współpracujemy z Niemcami. Współpracujemy z niemiecką biogazownią. Na razie transakcje nie są duże, ale myślę że dojdziemy do większych. U nas jest wielu rolników, którzy chcą współpracować z Niemcami. Współpracujemy również z LODR w Kalsku. Już jedna edycja kursu kombajnistów odbyła się u nas i teraz odbywa się druga. Popołudniami kursanci mają zajęcia u nas na polu. Użyczamy miejsce, kombajn i naszego fachowca. Po zakończeniu zajęć praktycznych kursanci przychodzą do nas, siedzą sobie pod wiatką przy kawie i ciastku. W tym roku mieliśmy w naszym gospodarstwie również szkolenie z wzajemnej zgodności. Jeden dzień zajęcia były u nas w świetlicy, a drugi dzień w terenie, a więc oglądali nasze gospodarstwo. Drugiego dnia wykłady odbywały się u nas pod wiatką. W tym roku wspólnym busem zabraliśmy naszych pracowników i kilku rolników ze wsi na targi do Kalska. Wszyscy byli bardzo zadowoleni, bo jest to dość długa droga, aby jechać na własną rękę. Bardzo serdecznie przywitał nas dyrektor LODR Zbigniew Żywień i przygotował dla wszystkich uczestników od nas drobne upominki, tak więc współpraca jest naprawdę bardzo dobra.

W takim razie trzeba zorganizować naukę języka niemieckiego dla mieszkańców wsi.

Pan Ryszard: W 2011 r. uzyskaliśmy dość dużo pieniędzy z PROW-u. Był to program na doposażenie świetlic. 15 lipca br. zostanie on już w pełni zrealizowany. Gdy sołectwo przejęło świetlicę wiejską była ona pusta. Teraz dzięki funduszom dostaniemy kompletne wyposażenie całej świetlicy, będą nowe komputery. Chcemy wprowadzić lekcje. Jedyna trudność jaka u nas jest to frekwencja i brak mobilizacji. Gdy uruchomiliśmy aerobik dla pań na początku była duża frekwencja, a potem umierało to śmiercią naturalną. Ale owszem chętnie bym wprowadził naukę języka angielskiego i niemieckiego. Docierają do mnie głosy, że ludzie chcą uczyć się obsługi komputerów od podstaw. I my to wszystko zrobimy tylko pomału, to jest perspektywa przyszłości.

Wyobraża sobie Pan inną pracę niż zawód rolnika?

Pan Ryszard: Byłem już handlowcem, ale byłem też zawsze częściowo rolnikiem. Zawsze byłem właścicielem ziemi i angażowałem się w jej uprawę, ale od kiedy zacząłem przygodę na poważnie z gospodarstwem rolnym, to nie zamieniłbym jej na żadną inną pracę. Jak już na samym wstępie powiedziałem znaleźliśmy swoje miejsce tutaj i to co robimy nas satysfakcjonuje.

Dziękuję za rozmowę
Anna Słowik

GALERIA:

Digg this!Stumble this!Dodaj do Techorati!Share on Facebook!Seed Newsvine!Reddit!
  Copyright ©2024 Lubuska Izba Rolnicza, wszystkie prawa zastrzeżone.